Copyright vEsti24
Kiosk z popularnymi czasopismami
 
Google
 
Advertisement
BIZNES arrow GOSPODARKA arrow WIEŚCI arrow Zakupy w internecie się opłacają
prawo cywilne,prawo,adwokat,lex,
prawo rodzinne,adwokat,sąd,prawo,rodzina,
prawo karne,prawo,sąd,adwokat,lex,policja,karne,
prawo administracyjne,administracja,biuro,sąd,adwokat,akta
prawo konstytucyjne,konstytucja,prawo,sąd,rząd,lex,adwokat,
prawo finansowe,finanse,papiery wartościowe,akcje,prawo,lex
prawo gospodarcze,gospodarka,finanse,nieruchomości,prao,lex
prawo celne,cło,zoll,granica,adwokat,sąd,straż graniczna,
prawo pracy,prawo,sąd,praca,adwokat,prawnik,lex

Zakupy w internecie się opłacają

ImageZa zakupy w internecie możesz zapłacić na bardzo wiele sposobów. Sprawdź, jak robić to bezpiecznie i najwygodniej.Internet powoli staje się niemal równorzędnym partnerem tradycyjnego handlu - nie ruszając się sprzed komputera, możemy zamówić praktycznie wszystko: od czajnika po lodówkę, książki, lekarstwa, bilety lotnicze czy samochód. Długą wizytę w supermarkecie możemy zamienić na kilka kliknięć. A oferta zagranicznych e-sklepów stoi otworem. Gorzej bywa, gdy przychodzi do płatności - internauci boją się oszustów, wyłudzaczy, hakerów. Ale to zazwyczaj strach na wyrost. Po pierwsze - kupując w internecie klienci zazwyczaj mają do wyboru wiele różnych możliwości zapłacenia za towar lub usługę i mogą dobrać sposób najbardziej komfortowy dla siebie. Po drugie - stosując się do kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa możemy ryzyko zmniejszyć do minimum i być pewni, że naszym pieniądzom nic się nie stanie. Gotówka dla listonosza Choć nie jest to najwygodniejszy sposób, nadal ponad połowa osób kupujących w sieci płaci gotówką za pobraniem - zamawiamy towar, wybieramy odpowiednią opcję i podajemy adres, pod który ma dotrzeć paczka. A płacimy dopiero wtedy, gdy listonosz zapuka do nas z przesyłką. Ten sposób ma plusy psychologiczne - daje największe poczucie bezpieczeństwa. Wady? Jeśli listonosz nikogo nie zastanie, w skrzynce zostawi awizo (klienci coraz częściej narzekają, że listonosze awiza wrzucają "z urzędu", nie sprawdzając, czy ktoś jest w domu) i potem trzeba odstać swoje na poczcie. W dodatku poza samą przesyłką z portfela trzeba odliczyć prowizję dla poczty, kilka czy kilkanaście złotych - dlatego niektóre sklepy policzą więcej za przesyłkę, jeśli klient korzysta z płatności za pobraniem. W dodatku niektórzy e-sprzedawcy albo rezygnują zupełnie z udostępnienia klientom tej możliwości jako anachronicznej, albo wprowadzają ograniczenia - np. w sklepie gram.pl z płatności przy odbiorze nie można skorzystać, jeśli klient zamówi produkty za więcej niż 500 zł, w sklepie Cigarro.pl - nie więcej niż 300 zł. Dorzućmy do tego ewentualny strajk na poczcie i okaże się, że lepiej za e-zakupy zapłacić od ręki. A tu jest w czym wybierać. Gra w karty W internecie, tak samo jak w tradycyjnym sklepie, można zapłacić kartą. Do niedawna klienci podchodzili do kart w sieci jeszcze dość nieufnie, ale statystyki pokazują, że z roku na rok rośnie ich popularność. Wg opublikowanego niedawno raportu portalu Money.pl i spółki eCard, w 2007 r. przy użyciu kart płatniczych dokonano prawie dwóch milionów e-transakcji za blisko pół mld zł - co oznacza, że i liczba, i wartość transakcji wzrosła w porównaniu z 2006 r. o ok. 160 proc. Sprzyja temu też polityka banków, które coraz śmielej grają kartami w sieci - do niedawna klient, który chciał rachunek w e-sklepie uregulować za pomocą karty, mógł liczyć praktycznie jedynie na karty kredytowe. I to w dodatku nie wszystkie, a tylko tzw. wypukłe (numer, data ważności oraz imię i nazwisko posiadacza są na nich wytłoczone). Z kredytówkami jest jednak kilka kłopotów - choćby taki, że choć banki znacznie złagodziły ograniczenia dotyczące wydawania kart kredytowych, nadal nie są one dostępnego dla każdego. Po drugie, aby za kartę nie płacić, trzeba nią wydać w ciągu roku (lub wypłacić z bankomatów) określoną sumę pieniędzy. Po trzecie: nie każdy, kogo stać na kredytówkę, zdecyduje się na nią z obawy, by nie wpaść w zadłużenie, za które trzeba potem słono płacić. Regulować płatności online można jednak także z pomocą tzw. kart wirtualnych, służących wyłącznie do płacenia w sieci. Nie mają one ani paska magnetycznego ani mikroprocesora, nie można nimi płacić w zwykłym terminalu, ani wypłacić gotówki z bankomatu. Za to - w przeciwieństwie do kredytówek - nie ma najmniejszych problemów z uzyskaniem kart wirtualnych i nie wiszą nad nami odsetki. Dla kart tworzone są specjalne subkonta podpięte do rachunku - przed każdą transakcją trzeba takie subkonto doładować, czyli przerzucić na nie pieniądze z głównego konta. Klient może sam ustalić limit wydatków (nie mogą być wyższe niż konta głównego, a np. w mBanku górna granica to 10 tys. zł), sam też decyduje, jaką kwotę przerzucić do subkonta. Ale za zmianę wysokości limitu trzeba zapłacić - w mBanku to telefon na mLinię i 2 zł opłaty. Minusem jest to, że ma je w ofercie tylko kilka banków. I trzeba płacić - np. Multibank (netk@rta) za wydanie pobiera 25 zł (do końca września w ramach promocji jest za darmo). Podobnie jest w mBanku (eKarta). Nie wszędzie też wirtualne karty honorują - np. w niemieckim Amazonie (Amazon.de) książkę kupisz bez problemu, ale tę samą książkę we francuskim Amazon.fr - już nie (listę sklepów akceptujących (lub nie) takie transakcje znajdziesz na stronie banku). Może dlatego, choć na polskim rynku wirtualne karty istnieją od ośmiu lat, nie zdobyły zbyt szerokiego grona fanów. Jak wynika z danych NBP, na koniec 2007 r. liczba kart w obiegu sięgnęła prawie 26,5 mln sztuk, z czego kart wirtualnych było... ledwie 50 tys., czyli 0,19 proc. ogółu. I niewykluczone, że na tym poziomie ich rozwój się zatrzyma - coraz więcej banków umożliwia bowiem płacenie w internecie zwykłą debetówką (na razie dotyczy to kart Visa). Wystarczy, że zadzwonisz na infolinię i odblokujesz limit wydatków (domyślnie jest ustawiony na 0 zł) tak jest już m.in. w BZ WBK, Inteligo czy mBanku. W tym tygodniu usługę uruchomił też Multibank. Procedura w przypadku płacenia w sieci kartą kredytową, wirtualną czy płaską debetową wygląda tak: wybieramy opcję płatność kartą i na stronie podajemy jej numer, datę ważności, wydawcę karty i kod CVV2 (to ostatnie trzy cyfry na odwrocie karty - znajdują się na pasku, na którym złożyliśmy podpis) oraz nazwisko właściciela karty. Czy podawanie tych danych w sieci jest bezpieczne? Najlepiej, jeśli sklep przyjmuje płatności za pośrednictwem tzw. centrum autoryzacyjnego (główni gracze to eCard i PolCard). Wówczas danych o karcie sklep nie widzi, klient podaje je jedynie na witrynie centrum autoryzacyjnego (połączenie powinno być szyfrowane - jest tak, jeśli w przeglądarce pojawi się ikonka kłódki - patrz ramka obok). Centrum sprawdza, czy klient jest "wypłacalny" i przekazuje tę wiadomość sklepowi. Kłopot w tym, że jeśli złodziej ukradnie nam kartę (lub pozna jej dane, choćby w zwykłym sklepie), będzie miał swobodny dostęp do naszych pieniędzy i - w zależności od ustalonych limitów - może nam nieco sczyścić z konta. Praktyka pokazuje, że wcale nie tak łatwo potem odzyskać te pieniądze od banku. Rozwiązaniem może być dodatkowe zabezpieczenie 3D Secure - posiadacz karty płatniczej może ustalić stałe hasło, które będzie używane do autoryzacji płatności w sklepach internetowych. Banki na razie jednak nie kwapią się do wprowadzania dodatkowego zabezpieczenia - 3D Secure od września ub. r. działa tylko w BZ WBK (dla kart Visa). Nam się przelewa Kto kart w sieci używać nie lubi może pozostać przy przelewach - jeśli masz konto internetowe w banku, możesz zwyczajnie przelać pieniądze na konto sprzedawcy (pamiętaj, by przy płaceniu uwzględnić też koszty wysyłki). Niektóre sklepy podają numer swego konta na stronie, wówczas w tytule lub opisie przelewu warto dodać identyfikator zamówienia, niektóre zaś - jak np. Merlin.pl - numer, pod który mamy wpłacić pieniądze, podsyłają e-mailem. Transakcję potwierdzamy - w zależności od zabezpieczeń stosowanych przez nasz banku - jednorazowym hasłem z papierowej listy, hasłem SMS-owym czy też hasłem wygenerowanym przez token. Znacznie wygodniej jest jednak skorzystać z tzw. szybkich transferów - to np. mTransfer (mBank), Płacę z Inteligo czy Przelewy24 (BZ WBK). Klient nie musi wpisywać danych sprzedawcy, numeru jego rachunku bankowego, ani kwoty w przelewie. Wystarczy, że doda wybrany produkt do wirtualnego koszyka i kliknie w odpowiedni link (zwykle jest to graficzne logo danej formy szybkiego transferu). Wtedy formularz przelewu z odpowiednią kwotą, tytułem przelewu i danymi odbiorcy zostanie mu podany na tacy - gotowy do zaakceptowania. Aby go zatwierdzić, trzeba już zrobić wszystko to, co przy normalnym logowaniu się do konta w banku - podajesz numer identyfikacyjny i hasło dostępu, wybierasz rachunek, z którego chcesz płacić (o ile masz ich kilka) i akceptujesz przelew. Warunek jest jedynie taki, by sklep obsługiwał tego typu płatności. Kupując w sklepach internetowych możesz się też natknąć na takie znaczki jak Platnosci.pl, Przelewy24 czy Dotpay - to tzw. pośrednicy, wdrażający w sklepach hurtem systemy przyjmowania pieniędzy (tak, by można było płacić kartą, tradycyjnym przelewem czy szybkim transferem z dowolnego banku) Pieniądze do skrzynki e-mailowej Płacąc w internecie możesz też wysyłać pieniądze mailem. Tu nie ma listy haseł, tokenów, SMS-ów itp. Najbardziej popularny system z tej rodziny to PayPal - na całym świecie ma 150 mln użytkowników, w Polsce - ponad 400 tys. Aby z niego korzystać, trzeba się zarejestrować w PayPal i podać dane swojej karty kredytowej (system musi je zweryfikować). Potem wystarczy, że w odpowiednim formularzu wpiszesz kwotę i adres e-mailowy odbiorcy przekazu (ten, aby mógł odebrać pieniądze również musi mieć konto w PayPal, jeżeli nie ma, to będzie musiał je założyć, chcąc odebrać należność). Użytkownik ma wybór - albo płatności będą potrącane bezpośrednio z karty, albo może stworzyć sobie osobne konto na PayPal (problem w tym, że w Polsce nie można go zasilić przelewem z rachunku bankowego). Za wysyłanie pieniędzy przez PayPal klient nie płaci, płaci za to odbierający - 1,35 zł plus prowizja 1,9-3,4 proc. przekazywanej kwoty. Z opłatami musimy się liczyć także przy wypłacie pieniędzy z naszego konta PayPal - jeśli chcemy wyciągnąć mniej niż 500 zł, prowizja wyniesie 5 zł. Jeśli przy transakcji dochodzi do przewalutowania (np. ze złotego na euro), system zrealizuje ją z marżą (kurs wymiany jest o 2,5 proc. wyższy niż ten, z jakim PayPal nabywa walutę). Na podobnej zasadzie działa serwis Moneybookers, współpracujący od pewnego czasu z Onetem. Tu za darmo zasilimy konto przelewając pieniądze z rachunku bankowego, za to system odejmie nam 1,9 proc. wpłaconej kwoty, jeśli użyjemy karty kredytowej. Jeżeli z konta Moneybookers chcemy wypłacić pieniądze, system potrąci nam 1,8 euro, niezależnie od kwoty. W przeciwieństwie do PayPal tu odbierania pieniędzy jest darmowe, za to za każdą transakcję Moneybookers pobiera niewielką prowizję - 1 proc. kwoty, ale maksymalnie 50 eurocentów. Na podobnych zasadach działają też systemy Neteller czy PayU. W przypadku PayU to, kto odprowadza prowizję od transakcji, zależy od jej rodzaju. Jeśli to płatność zwykła - płaci odbierający pieniądze (30 groszy plus 2,9 proc. kwoty; jeśli wartość transakcji jest wyższa niż 2 tys. zł, do opłaty należy doliczyć jeszcze 1,9 proc. z tej nadwyżki). Jeśli jest to płatność Escrow (tak określa się rodzaj depozytu, popularny np. przy transakcjach na aukcjach - sprzedawca dostaje pieniądze dopiero, gdy klient potwierdzi otrzymanie towaru), płaci zlecający transakcję - stawki są identyczne. Tego typu systemy są korzystne zwłaszcza przy płatnościach zagranicznych - przelew zagraniczny z konta bankowego potrafi kosztować od kilkudziesięciu do nawet ponad 100 zł. Ich słabą stroną jest jednak liczba sklepów, które akceptują tego typu płatności - nie robi tego np. Amazon.com, w polskich sklepach internetowych też nie jest to powszechne rozwiązanie - np. PayPal do niedawna w ogóle nie istniał na tym rynku, teraz liczy, że dzięki współpracy z eCard jego system płatności trafi do kilkuset serwisów i e-sklepów. Z największych graczy to rozwiązanie wdraża już Merlin.pl. Wydrukuj i zapłać Jeszcze inną propozycją jest płacenie za e-zakupy w... tradycyjnym sklepie. Taką usługę udostępnia np. CitiBank Handlowy (system UniKasa). Nie trzeba mieć żadnej karty, ani nawet konta w banku. Wystarczy, że klient wydrukuje odpowiedni formularz z kodem kreskowym. Z nim idzie np. do Tesco - sprzedawca zeskanuje go i wystawi rachunek. Najczęściej prowizja wynosi 1,99 zł (to maksymalna opłata). Bank podał, że do programu Unikasa dołączyło już ponad 400 sklepów (klienci mogą w nich opłacać także domowe rachunki). Podobną usługę świadczy też Dotpay - po wydrukowaniu rachunku z e-sklepu można go opłacić w ok. 6 tys. punktów handlowych, np. na stacjach benzynowych PKN Orlen czy Statoil albo supermarketach (m.in. Real, Leclerc, Carrefour). RADY O czym warto pamiętać, płacąc w internecie • Pamiętaj o higienie korzystania z komputera - używaj firewalla i oprogramowania antywirusowego, aktualizuj oprogramowanie zainstalowane na komputerze (czasem oszuści wykorzystują błędy w aplikacjach, np. w przeglądarkach, które pozwalają np. zamaskować prawdziwy adres strony internetowej). • nie korzystaj z e-banku w kawiarence internetowej - nigdy nie wiesz, czy nie zainstalowano tam programu zapamiętującego wpisywane przez ciebie dane; • nie ściągaj aplikacji z niepewnych witryn w sieci (najpewniejsze są strony producentów lub znane branżowe serwisy); • nie zapisuj loginów i haseł w pliku w komputerze, nie wysyłaj ich też e-mailem. To samo dotyczy numerów kart; • sprawdź, czy połączenie jest szyfrowane. Jak? Przy normalnym połączeniu, np. z portalem Gazeta.pl, adres wygląda tak: http://www.gazeta.pl. Zaś szyfrowane połączenie z serwisem internetowym Banku Pekao wygląda tak: https://www.pekao24.pl/. Różni się tylko jedną literą, za to hasła i inne dane wpisywane na takiej stronie są bezpieczniejsze; • nigdy nie podawaj haseł jednorazowych przy logowaniu na konto bankowe - banki tego nigdy nie wymagają. W ten sposób okradziono niedawno nieostrożnych klientów Multibanku, Inteligo czy BZ WBK. Jeśli na stronie widzisz taką prośbę, powinna ci się zapalić w głowie lampka ostrzegawcza; • absolutnie ignoruj e-maile, w których nadawca zachęca do zalogowania na witrynie banku i uzupełnienia danych. Żaden odpowiedzialny bank ani serwis takich wiadomości nie rozsyła. Nie klikaj też w linki w takich e-mailach. I nie zwracaj uwagi na rzekome ostrzeżenia (np. że to konieczne ze względów bezpieczeństwa lub że jeśli się nie zalogujesz, to bank zablokuje konto). Jeśli masz wątpliwości, wystarczy zadzwonić do banku i upewnić się, czy rzeczywiście bank wysyłał e-maile z takimi informacjami do swoich klientów; • na wszelki wypadek sprawdź, czy adres w okienku przeglądarki to rzeczywiście www.inteligo.pl, a nie np. www.inteligobank.friko.pl, albo www.mbank.pl, a nie www.mbamk.pl. Takie sfałszowane e-maile mogą bowiem skierować cię na stronę do złudzenia przypominającą bankową. W rzeczywistości przestępcom chodzi o to, byś jak na tacy podał tam im swoje hasło i login; • w czasie gdy jesteś zalogowany na e-koncie bankowym, nie klikaj na linki przesyłane e-mailem. Najpierw wyloguj się z systemu bankowego, dopiero potem zabierz się do czytania e-maili. Źródło: Gazeta Pieniądze
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Advertisement
Kiosk z popularnymi czasopismami
 
Google